maccaroni blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

Podobno miały być nim t.zw. „bunkrowce” na Placu Grunwaldzkim. Niestety nie są. Pamiętacie jeszcze notkę o spalonym zasilaczu P.? Otóż spalił się kolejny. Znowu na wyłączonym kompie.

Teraz poszedłem po rozum do głowy i kupiliśmy mocny Acar, który jest w stanie wytrzymać przepięcie o natężeniu pierdyliarda amperów. Mam nadzieję, że to coś da. Inaczej trzeba będzie pruć ściany.

Fajny jest ten wrocławski Manhattan :-) Szary, brudny, śmierdzący i na dodatek się rozpada :-)

K.

Wstałem sobie rano rześki i wesoły (nie miałem nawet śladu kaca). Poszedłem krokiem raźnym na miejsce, w celu zjedzenia corocznego uroczystego śniadania sędziowskiego. Nie było go. Brak obiadu dnia poprzedniego tłumaczyłem brakiem obsługi cateringowej, ale nie. Okazało się, że to cięcie kosztów. Dobrze, że było śniadanie dla pracowników i gości, więc się na nie załapałem na krzywy ryj razem z ex- prezem.

Uff, jak dobrze…

… Potem okazało się, że może być tylko gorzej. Jeden z tytularnych sponsorów nie przysłał nagród, więc zaczęliśmy kombinować… Następnie okazało się, że nie ma medali. Znaczy są, ale za mało, bo ktoś się pomylił. Naprawdę myślałem, że po 28 latach współorganizowania we współpracującej instytucji ktoś już ma pojęcie, czego ile potrzeba. Ale nie, po co. Na uroczystości zakończenia trzeba było wyjaśniać, że nastąpiła pomyłka i medale zostaną dosłane. Dobrze, że ktoś żartobliwie zauważył, że pewno je przepiliśmy :-) :-)

Impreza zakończyła się standardowym szampanem i tortem. To akurat wyszło bezbłędnie.

Po powrocie do domu dowiedziałem się, że nie wygrało Ferrari, więc spokojnie mogę iść spać. Poszedłem. Wstałem o 19 i zauważyłem, że świeci słońce, no to na rower :-)

Tu należy zauważyć, że jeżdżenie na kacu nie jest dobre. Mam teraz okazały krwiak na nodze, bo wypieprzyłem się na prostej drodze podczas przeprowadzania czynności szczypania koleżanki w tyłek. Potem nie byłem w stanie podjechać pod górkę i się z niej stoczyłem. Na koniec nie zmieściłem się w przejściu i zahaczyłem pedałem o betonową podstawę płotu. Tak delikatnie, że cały płot się przesunął :-)

Po powrocie do domu udałem się do łóżka, to teoretycznie przynajmniej nie jest niebezpieczne dla zdrowia :-)

K.

Otworzyłem z niejakim trudem oczy i pomyślałem, że jestem Wadi (dla niewiedzących, to wyschnięte koryto rzeki na pustyni). Wypiłem z litr wody i pomyślałem, że jednak się pomyliłem i jednak nie jestem pieprzony wadisem, a znajduje się w Khe Sanh w 68.

Z tego stanu świadomości brutalnie wyrwał mnie telefon i kolega, który strasznie głośno darł mordę, że PAVN atakują. Jednak nie, tylko mi się zdawało. Po prostu była 7.30 a ja leżałem w łóżku, a nie byłem na miejscu, czyli na tej całej imprezie, o której wspominałem.

Dobrze, że mam blisko, więc zdołałem się tam w miarę szybko zwlec, po drodze kupując ibuprom i cherry coke. Na mój widok obecny prezes nieco zdziwiony zapytał „to Ty żyjesz??”, za chwilę pojawił się ex- prezes i powiedział „czy Ty zawsze w sobotę rano musisz być najebany??”.

Owszem muszę, inaczej cały ten burdel byłby nie do zniesienia. Lekko przetrzeźwiałem od wielokrotnych kursów przez trzy piętra i kiedy zaczęły przyjeżdżać srogie ziąsy byłem już mocno w stanie rozmawiać. A nawet zjeść gyros :-)

Potem było cokolwiek mało interesująco, gdzieś do 17, kiedy to objawił się grill i taka ilość kaszanki, iż przeżegnałem się nogą :-) Potem okazało się, że są do tego jakieś zgrzewki piwa, kumpel przyniósł więcej piwa, a potem znalazło się jeszcze więcej kaszanki.

Tutaj wyjaśnić muszę, że komentarz w poprzedniej notce dotyczy właśnie tej kaszanki, a pochodzi od krupniokowego potwora, który pochłaniał ją w tempie dobrego samochodu wyścigowego :-)

Na grillu wszyscy moi znajomi przeżyli szok. Poprosiłem, bowiem o wodę niegazowaną, a piwa nie ruszyłem. Przynajmniej do czasu, kiedy przenieśliśmy się do sali A-0 PWr. Tam już piłem i w ogóle było pięknie :-)

Wróć- nie do końca. Jak wracałem do domu to jakaś mocno zmęczona niewiasta poprosiła mnie o pomoc w holowaniu jej faceta do akademika. Pomogłem :-)

K.

Wstałem rano i koło dziewiątej pojechałem na spotkanie z właścicielem firmy, który właśnie jechał na międzynarodowe targi. Miałem wziąć nagrody, które przygotował na naszą imprezę.

Pojechałem na rowerze, w bojówkach, ze słuchawkami w uszach i na dodatek w odwróconej daszkiem do tyłu czapeczce. Dobrze, że gość, z którym się spotkałem jest moim znajomym od ładnych paru lat i wyglądał jak emerytowany amerykański sierżant (znaczy kolorystycznie), bo od stóp do głów miał na sobie webbing M65 :-) :-)

Jak wróciłem to poszedłem nosić stoły. Jakoś przeszło, o 12 wolne, obiad i do wieczora spokój.

Wieczorem ostatnie spotkanie, po dwóch piwach zacząłem się niepokoić, że piwa więcej nie ma. Owszem było. Na moje nieszczęście całkiem dużo. Tak dużo, że jak skończyłem wypijać zawartość lodówki to byłem kompletnie napieprzony i wszyscy się śmiali, że zaraz będę próbował pić olej ze spreżarki rzeczonej lodówki. Byłem tak nawalony, że nawet piłem to ścierwo, co nazywa się Warka Strong.

Już mi było całkiem dobrze, a dość przerażony kumpel zapytał czy trafię z jego samochodu do domu, czyli jakieś 10 metrów. Trafiłem :-)

Co było dalej nie pamiętam, więc kontynuacja w notce sobota, która pojawi się niedługo.

K.

Niewiele osób tęskniło niektórzy wręcz przeciwnie.

Mam dwie wiadomości, złą dla tych przeciwnych, a dobrą dla tych, którzy jednak tęsknili.

Wróciłem :-)

Wydarzenia weekendu, które przekonały mnie, że życie jednak jest piękne opiszę później.

K.

P.S. Lemon, to m.in. dzięki Tobie :-D

Więc blog ulega zawieszeniu na czas mocno nieokreślony, ale raczej dłuższy niż krótszy.

Powodów jest pierdyliard i jeszcze pare. Jakby ktoś chciał wiedzieć jakie to zapraszam na priv (Jeśli ktoś priv ma, a że praktycznie nikt nie ma, więc nie przejmuje się mailami z pogróżkami).

Chyba nikt nie będzie tęsknił (i dobrze).

Pa!

K.

Organizujemy pewną imprezę hobbystyczną.

Miało być pięknie, a jest normalnie. Najpierw okazało się, że w nasz termin wbiła się inna impreza i trzeba było przełożyć naszą (nie wiem, dlaczego nie tamtą, ale to wina Big Preza). Potem okazuje się, że nasza wypada w długi weekend i jakby jest nią średnie zainteresowanie (to mnie nie dziwi).

Do tego wszystkiego dochodzą inne problemy. Big Prez na tydzień przed imprezą nie odpowiada na maile. Nie, bo nie. Nie wiadomo, kto przygotuje sale, ani kiedy ktoś przygotuje sale. Nikt nic nie wie.

Różnych papierów też nie ma gotowych, bo prez ich nie przygotował. Zresztą nie przygotował też regulaminu imprezy. Jemu chyba to wszystko wisi.

Chichotem jest to, że były prez robi wszystko, co powinien robić obecny gdzieś tam zza kotary i podsyła gotowe rozwiązania mailami.

Ciekawe jak to wszystko wyjdzie. Zaczynam się poważnie martwić.

K.

Będzie o śluzach. Takich, którymi statki, jachty i inne krypy pokonują stopnie na rzece. Niedaleko mojego domu są dwie. Jedna jest ściśle zakazana, a człowiek nie może wejść na jej teren, bo jest goniony.

Najwyżej kilometr dalej (i to nie rzeką, bo rzeką znacznie bliżej) jest druga. Na tej nikt się nie przejmuje osobami postronnymi, a przebywanie na terenie śluzy nie jest obostrzone żadnymi zakazami.

Dzisiaj byliśmy tak blisko śluzującej się barki (to jest określenie fachowe :-D), że mogliśmy spokojnie na nią przeskoczyć. Nikt nas nie gonił, ani się nami nie przejmował. Kilometr dalej przegoniono nas na cztery wiatry.

Może ktoś mi wytłumaczyć skąd bierze się ta paranoja??

K.

Bum…

2 komentarzy

Wracam sobie do domu dzisiaj. Nagle w największym pieprzonym korku we Wrocławiu, czyli w okolicach Zoo rozlega się buuum. Pod tramwaj, którym jechałem wjechał Focus.

Po prostu cudownie. Korek jeszcze większy niż był, ruch zatrzymany. Dobrze, że:

A. Miałem czas- na szczęście, bo umówiłem się z kumplem na oglądanie wyścigu F1.
B. Do domu jakieś 20 minut na piechotę przez całkiem ładny park.
C. Jest ciepło i nie pada deszcz.

Inna sprawa, że ludzie są ciężko pojebani. W jednym obszarze jest Zoo, Hala Ludowa (wiem, że ona nazywa się inaczej, ale mam to w dupie), ogród japoński, wielki park i jeszcze szaberplac (czyli targowisko, dla tych, którzy nie wiedzą).

Do tego wszystkiego prowadzi jednopasmowa droga, która pekluje się dokumentnie. Równocześnie dojeżdżają też dwa autobusy i cztery tramwaje.

A te dupki się pchają swoimi złomami. Czy w Polsce naprawdę nie istnieje coś takiego jak myślenie??

K.

Przeczytałem dzisiaj notkę.

Poczułem się kompletnie zażenowany. Jest to kolejny przejaw tego, iż dziennikarze piszą o wszystkim (w tym także tym, o czym nie mają zielonego pojęcia) byle dostać pensję.

Pisze Marek Bobakowski tak:

„Już wkrótce zbankrutować mogą kolejne teamy – np. Toyota.”

Jego tajemnicą pozostanie jak zbankrutować może zespół z jednym z dwóch największych budżetów w F1. Owszem, Toyota może się z wyścigów wycofać, ale ze względu na brak wyników. W sumie to nic nowego, bo trąbi się o tym od kilku lat, a ludzie z branży twierdzą, że lepiej było zostać w rajdach.

Pisze dalej:

”Zresztą, o planach sprzedaży jednego z zespołów głośno mówi właściciel koncernu Red Bull.”

Ano mówi głośno o tym Dietrich Mateschitz, ale ze względu na porozumienie Concorde i nakazy FIA, które zakazują używania tych samych nadwozi przez dwa zespoły. A to rodzi konieczność budowania drugiej, całkiem nowej konstrukcji. A to się zupełnie nie opłaca.

Nie wspomina autor mówiąc o tak znanym fakcie, iż nawet w przypadku wycofania zawsze jest możliwość wykupienia zespołów. Tak się stało ze Stewartem (obecnie Honda), czy Sauberem (Obecnie BMW- Sauber). A także o tym, że Spyker wykupiony przez Force India ma się coraz lepiej.

Czytamy dalej:

„Kilka lat temu z zabawy wycofał się Ford”

Wycofał, głównie dlatego, iż sprzedał fabrykę silników Coswortha i nie miał gdzie dalej budować swoich silników.

I dalej:

”Audi i Porsche głośno podkreślają, że to zbyt droga inwestycja”

Akurat Audi ma mało do gadania, gdyż jest częścią koncernu VAG, a koncern ten sportowe ambicje realizuje poprzez Seata (WTCC) i Volkswagena (silniki wyczynowe dla niższych serii single- seaterów i Dakar). Natomiast Porsche stwierdziło stanowczo, że jego wizerunek jest zbyt ważny i drogi i nie pozwoli sobie na jego niszczenie poprzez związki z serią, którą wstrząsają afery szpiegowskie i seksualne.

Nie rozumiem, więc skąd takie podejście Marka Bobakowskiego. A może rozumiem?? Fatalistyczne wiadomości się sprzedają i pozwalają ukryć całkowitą niewiedzę autora.

K.


  • RSS